Arjano Navi Team - Rzeszów

Na STOP-ie skręcamy w prawo i szukamy drogi tuż za przejściem dla pieszych. W oddali widzimy wypadek. Na skrzyżowaniu ul. Kleeberga z Piłsudskiego zderzyły się czołowo dwa samochody. Jeden wymusił pierwszeństwo, nie zatrzymując się przed znakiem STOP. Kierowcy zostali zabrani już karetkami do szpitala, mamy nadzieję, że przeżyją, wraki wyglądają jednak strasznie. Straż pożarna zabezpiecza teren zdarzenia, policja kieruje nas: "Jechać, jechać!" na zjazd ze skrzyżowania. Skręcamy więc w prawo, teraz szukamy znaku podporządkowania za którym mamy skręcić w lewo. Dziwne, jedziemy po głównej do centrum Kocka, gdzie my tu znajdziemy trójkąt? Za kilkaset metrów jest! Ale to trójkąt stojący przy wylocie wyjazdu ze stacji benzynowej, tylko ktoś dowcipny przekręcił go w taki sposób na słupku, że stoi prostopadle do naszej drogi. Eeeeee, organizatorzy chyba by takiego niejednoznacznego znaku nie użyli, przecież przy drodze jest setka innych. Coś mi się wydaje, że jedziemy nie tam, gdzie trzeba. Zgodnie z naczelną zasadą "wróć do ostatniego punktu, o którym wiesz, że na pewno był dobry i leżał na trasie" zawracamy w miejscu. Dojeżdżamy ponownie w okolice wypadku drogowego. No jasne, wypadek "ściągnął nas do siebie", zamiast wyglądać drogi w prawo oczy nasze wędrowały po wrakach samochodów. Przegapiliśmy małą szutrówkę, ulicę Polną. Szybko skręcam w nią i po kilkuset metrach odnajdujemy trójkąt podporządkowania. Teraz gazem do PKC-1, bo czas nasz właśnie mija. Zostało jeszcze kilka tafelków itinerera, spóźnienie nie będzie duże, ale będzie na pewno. Ależ tu ruch, ciężko jest włączyć się na główną. Jeszcze rundka po rynku i lądujemy na Punkcie Kontroli Czasu. Przed nami jedna załoga, oj długo marudzą, a nam czas leci. Oddajemy kartę drogową z pierwszego odcinka o godzinie 11:08. Mamy 9 minut spóźnienia, czyli 9 punktów karnych.

Stałe widoki zza kierownicy

I kolejna próba SZ

Bez zwłoki ruszamy na odcinek II. Znowu zdjęcia. 9 obiektów, tym razem same budynki: brązowy domek z białymi ozdobami, mocno rzeźbiony ganek, stara szkoła lub muzeum, jakaś rudera, trzy kapliczki i kościół. Będziemy wypatrywać. Po małej zawrotce na rynku wyjeżdżamy z Kocka ulicą Cmentarną kierując się w stronę Tarkawicy, by tuż przed nią osiągnąć punkt H. Następnie przez Dębicę (nie tą "naszą" na drodze Rzeszów - Tarnów) dojeżdżamy do miejscowości Bełcząc. Agnieszka z tylnej kanapy zapytuje: "Tatuś - co robiąc?" :-) Tu mamy zagwozdkę z detalem punktu B. Chyba nigdy się nie nauczę, że punkt na drodze nie odcina strzałki jednokierunkowości. Jeden kierunek "leci" przecież przez punkt i "kończy się" dopiero na następnym skrzyżowaniu. Może tym razem zapamiętam. Znajdujemy na detalu punktu B strzałkę, która "leci" przez dwa skrzyżowania. Rozumiemy, że to tylko przeoczenie i że nie wyrzuca nas aż poza drugie skrzyżowanie. Wtedy pętla nawrotki planowanej po mapie miałaby z kilka kilometrów. Decydujemy się objechać teren wokół punktu oraz pętelkę nawrotki zanim zaczniemy jechać po trasie. Nie chce mi się nawracać, jedziemy więc niejako pod prąd. Równolegle do nas na drugiej drodze mknie czerwony Poldek z Marzeną i Jarkiem na pokładzie. Znowu będzie na nas, że ich wypuszczamy w maliny :-) Mijamy się na wąskim mostku, widzę uśmiechniętą od ucha do ucha Marzenę, która wie co robi. Dobrze jedzie, ja zerkam do tyłu szukając tablic, nie ma tu żadnych. Na szczęście znajdujemy jednak obiekt z fotografii. Przynajmniej jeden, drugiego bowiem Y9, usytuowanego przy punkcie B nie zauważamy. Kosztuje nas to 40 punktów karnych, gdyż przejeżdża się tam dwukrotnie.

Czekamy...

Teraz prujemy do Czermierników, jednak zapędy nasze wstrzymuje na kilka minut kondukt żałobny przechodzący drogą od kościoła. Zatrzymujemy się na boku, mamy czas, aby wpisać PKP-y do karty drogowej i jeszcze raz przeglądnąć itinerer. Możemy ruszać. Mała pętelka wokół wysepki to polecenia 3 x L, jakie mamy wykonać. Następnie na widłach w prawo i do punktu C. Punkt ten ma nieskomplikowany detal. Objeżdżamy wysepkę, zebrało się tu sporo załóg, jedni czekają na drugich, aż zawrócą, ale tłum! Wreszcie i nasza kolej, zawracam, pytam: -"nie ma tu jakichś tablic, zobaczcie dokładnie czy coś nie stoi na trawie, tyle tu aut". Nie widzimy tablic, a więc kontynuujemy jazdę. W ferworze walki nie zauważyliśmy "małego" elementu, mianowicie olbrzymiej białej bramy ze zdjęcia Y4, pod dosłownie wrotami której zawróciliśmy. Ale wstyd, ja rozumiem nie zauważyć małej psiej budy pomiędzy drzewami przy prędkości 100 km/h, ale stać tuż przed bramą i nie skojarzyć, że to ta ze zdjęcia? Teraz czeka nas długi przelot przez Wygnanów, Cegielnię, Kamienowolę do detalu punktu Ł. Z nim rozprawiamy się szybciutko, wyjeżdżamy na główną i szukamy skrzyżowania podobnego do rozbudowanej ściany.

I start na kolejny odcinek

Jedziemy już ponad 2 km i nic. Nagle napotykamy się na grupkę "naszych" samochodów. Stoją przy drodze, załogi coś kombinują, wertują mapy. Omijamy ich i na pełnej prędkości gnamy do przodu. Czas powoli zaczyna się kończyć. W lusterku widzę, że kilka aut rusza za nami. Jedziemy jeszcze kawałek, widzę, że jadące z tyłu samochody zatrzymały się jednak po jakimś czasie i zawróciły. Jedziemy sami jeszcze z 0,5 km, przed nami widać drogę "jak strzelił" na co najmniej 1 km. Gdzie ta ściana? Pora zawrócić, Gosia mówiła, że odległości od tafelków w itinererze nie powinny przekraczać 1 km, no, góra 2. My zrobiliśmy o d poprzedniego namiaru już 3, 5 km. Szukam miejsca do zawrotki, nie ma bocznych dróżek, jedziemy jeszcze chwilkę i oto wpadamy na szukane skrzyżowanie. Na drodze pełno piachu, mocno hamuję, ABS wali jak szalony, czuję bicia na pedale hamulca, skręcamy w prawo.

Ukryta pętla drogi wyprowadza nas koło kościoła i wracamy na drogę, którą jechaliśmy. Teraz gazu na PKC-2, który znajduje się przy stacji benzynowej usytuowanej na skrzyżowaniu dróg Lubartów-Parczew i Leszkowice - Tarło. Tuż przed PKC-em zatrzymujemy się, pora rozwiązać test turystyczny, który otrzymaliśmy na starcie odcinka. Tu musimy go oddać wraz z kartą drogową. Wyjmujemy dziesiątki folderów, którymi zarzucili nas organizatorzy, szukamy odpowiedzi na pytania. Wieczorne studiowanie materiałów przynosi pożytek, znam odpowiedź na kilka pytań, czytałem o tym wczoraj. Janusz wertuje przewodnik po dworkach, ja studiuję prospekt muzeum w Kozłówce. Powoli odnajdujemy właściwe odpowiedzi. Wiemy już, że w przeszłości Firlej był znaczącym ośrodkiem garncarstwa, że dawna nazwa Lubartowa - Lewartów pochodziła od nazwy herbu rodu Firlejów, nie jest dla nas tajemnicą miejsce ekspozycji portretu konnego Augusta II Mocnego. Odpowiadamy, że pałac w Kozłówce zaprojektował Józef Fontana, choć uważamy go raczej za inżyniera wykonawcę. Niestety, pozostałe dwa nazwiska Tylmana z Gameren i Henryka Marconiego tu nie pasują wcale. Agnieszka pomaga nam jak może podając mapy, odbierając przewertowane przewodniki czy wyszukując pod siedzeniami długopisy, które spadają nam w najmniej odpowiednich momentach. Udało się wypełnić test, nie będzie ani jednego błędu, ale jak mawiają autorzy brukowych powieści, nie zdradzajmy wcześniej przebiegu akcji.

Pędem na PKC-2, spóźniliśmy się 12 minut. Szybkie obliczenia wykazują, że na odcinku III możemy spóźnić się najwyżej 39 minut, aby nie przekroczyć dopuszczalnego spóźnienia wynoszącego w całym rajdzie 60 minut. Powinno być dobrze. Przed startem do ostatniego odcinka czeka nas próba sprawnościowa SZ-2. Jest gorąco, upał daje się mocno we znaki, podziwiamy sędziów i organizatorów, którzy stoją w rozprażonych samochodach i podają nam materiały. Wreszcie kolej na nas. Ruszam, mały slalom, wypisać autem ósemkę, wjazd do garażu przodem, cofnięcie wokół słupka i wjazd tyłem do garażu. Na razie idzie dobrze. Teraz ostatni słupek i gnać na metę. Zbyt blisko słupka, focus - krowa jak zwykle nie uślizgnął się tak, jakbym sobie tego życzył. "Zabijam" słupek, łapię 5 punktów karnych i stoimy na mecie. Chyba jednak wolę sprawnościówki jechać CRX-em. W ogólnym rozliczeniu wszystkich sprawnościówek mamy najlepszy czas, za nami ze stratą 3,2 s jest Mateusz. Jako najlepszy kierowca niepełnosprawny puchar zdobywa doskonale jeżdżący Marcin, choć Grzesiu mocno go naciskał swym golfem.

Chłop żywemu nie przepuści

Przed nami ostatni odcinek rajdu, ostatnie 27 km. Ruszamy, bo śpieszno nam na obiad. Przejeżdżamy przez tory kolejowe, łatwo osiągamy punkt M i przez Pałęcznicę i Chlewiska dojeżdżamy do Lubartowa. Po minięciu pierwszych świateł rozpoczynamy nawigację po planie "Lubartów". Z prawej rzuca się nam w oczy pałac Sanguszków zasłonięty w połowie rusztowaniami i płachtą. Ach! To o nim mówiła Gosia na odprawie. Wpisujemy symbol zdjęcia do karty drogowej. Za jakiś czas okaże się, że przejedziemy znacznie bliżej pałacu, drogą tuż pod jego balkonem, niewidoczną z ul. Lubelskiej. Rodzi się pytanie, czy wpisane do karty rozpoznane na głównej ulicy zdjęcie będzie poprawnym? Nie lubię takich niejednoznaczności. Zatrzymujemy się i przenosimy na plan w itinererze nazwy ulic z mapki, będzie łatwiej. Tu Lubelska, tu Lipowa, wąska Pocztowa i Bema.

Pierwsze "lewo" możemy wykonać dopiero za Sanktuarium św. Anny, bo wcześniej na drodze zabraniały nam skrętu linie ciągłe. Do planiku przywiązany jest constans - stały element rajdu - gdy tylko na swojej trasie namierzymy znak "droga jednokierunkowa" to musimy tuż za nim skręcać w lewo i na nowo planować najkrótszą drogę do kolejnego punktu. Zapis w itinererze układa się w napis L-u-b-a-r-t-ó-W, gdzie poszczególne literki oznaczają nazwy punktów na mapce, kierunki stron świata, bądź polecenia skrętu w lewo. Wiemy, że Gosia uwielbia takie zabawy. Odnajdujemy pieczątkę, po niej wykonujemy prawo i wyjeżdżamy na Słowackiego.

Teraz prosto w park miejski, pod Pałac Sanguszków. Notujemy na wjeździe constans z jednokierunkowej, wpisujemy znaleziony obiekt ze zdjęcia i napotykamy kolejny constans ze znakiem drogi jednokierunkowej. Nie wykonaliśmy jeszcze pierwszego, czy te constanse się sumują i odkładają do późniejszego wykonania? Pewnie tak, czyli zanim zrobimy itinererowe lewo, musimy jeszcze dwa razy skręcić w lewo. A więc znowu po znanej nam trasie, skręt za kościołem, tutaj wjazd na parking i odnalezienie jeszcze jednego constansu. Nie wiem, czy organizatorowi o to chodziło, ale inaczej nie bardzo się da jechać. Wszystkie "lewa" wykonane, teraz nawigujemy do punktu u. Po nim punkt b, znowu pętelka przed posiadłością Sanguszków i i kolejna pieczątka sędziego.

Przed dojazdem do punktu r dajemy się wziąć na przynętę. Nie zauważam, że mapa Lubartowa jest obrócona i północ "idzie" na niej w prawą stronę. Wszystkie dotychczasowe mapy były "poprawnie" zorientowane, co uśpiło naszą czujność. Jedyny zorientowany najazd na punkt r na tym planie i wykonujemy go "dobrze, ale z dokładnością do 90 stopni". Zamiast wjechać od wschodu wjeżdżamy n punkt od południa. No tak, dalsza trasa nie może być już poprawna, łapiemy sporo punktów karnych. Ajajaj, muszę popracować nad spostrzegawczością, nie zauważyć tak ważnej strzałki!

Na koniec planu łapiemy już trasę pod pachę, znajdujemy kilka tablic organizatora, parę zdjęć. Prostą nawigacją dojeżdżamy w okolice Kozłówki. Nie spieszymy się zbytnio, mamy jeszcze dużo czasu, jedziemy wolno przez wieś. Teraz skręt w czarną szutrówkę. Jedziemy wypatrując kolejnych obiektów, nagle widzimy, że drogę blokuje nam drewniana belka przerzucona przez drogę. Przy niej jakiś mający kłopoty z pionizacją osobnik wykrzykuje swoje żale. "A bo jeździcie tam i nazad, po co tu? Kurzy się z drogi, a to rakotwórczy żużel, zjeżdżać mi stąd! Rajdowcy!". Janusz patrzy w tył, za nami dawno już opadł kurz, prosimy o uprzątnięcie belki z drogi i pozwolenie przejazdu. Rozumiemy żal, obiecujemy wolną i uważną jazdę, ale nie pozwolimy, aby blokowano publiczną drogę. Z uwagi na przeważające siły załogi nr 12 chłop, co żywemu nie przepuści "idzie po posiłki i nam pokaże". Korzystam z wolnej chwili, odrzucam belkę na bok i powoli przejeżdżam dalej. Dochodzą nas wzburzone głosy blokujących - ech, ciekawe, jakie atrakcje będą miały tu kolejne załogi. Od Jurka, który jechał po nas, dowiadujemy się, że grupa uzbroiła się w ciągnik i bronę. Pomimo tego i załodze nr 16 udało się bokiem przejechać. To ostatnie metry rajdu, objazd parku dworskiego i przez bramę dostajemy się na parking, gdzie zlokalizowana jest meta imprezy. Spóźniamy się o dozwolone jeszcze 12 minut, oddajemy papiery i udajemy się na obiad.

Obiad w Kozłówce

Zwiedzamy wnętrza pałacowe

Pałac w Kozłówce

Zwiedzania ciąg dalszy

Posiłek dobry, wszystkim głodnym smakuje, trzeba jednak jeść szybko bo niebawem czeka nas zwiedzanie muzeum. Pierwsza grupa już poszła. Wchodzimy do wnętrza pałacu, ubieramy niebieskie, szpitalne ciapo-folie i na pokoje! Na I piętro musimy wciągnąć kilka wózków. Pomaga nam obsługa muzeum, ale i tak po takiej wspinaczce długo wyrównuję oddech. Przechodzimy kolejno po pokojach pałacu. XVIII wieczny zespół pałacowo - parkowy zbudowany został w stylu późnego baroku. Wnętrza pałacu, jako jedyne w kraju zachowały swój układ architektoniczny, wystrój i wyposażenie. Łaskawie historia obeszła się z pałacem, przypominają nam się wnętrza łańcuckiego pałacu, totalnie ograbione i zniszczone podczas wojny. Po zwiedzeniu pałacu udajemy się do kaplicy. Niestety, aby do niej dotrzeć musimy okrążyć pałac. Zamoyscy mogli w tym celu wykorzystać schody wewnętrze, które wprost z pokoi prowadziły do kaplicy. Kaplica posiadająca wspaniałe witraże zbudowana została na wzór Kaplicy Królewskiej w Wersalu. Następnie udajemy się do parku, zwiedzamy malowniczy ogród francuski. Pora zaliczyć wystawę czasową traktujacą o kobietach w XIX w. oraz słynną już ekspozycję poświeconą socrealizmowi w Polsce. To niezwykła wystawa o charakterze polityczno-dydaktycznym prezentuje zbiory sztuki totalitarnej z lat 1949-1955. Ludzie! Tak było. Z powozowni już rezygnujemy, jesteśmy zbyt zmęczeni.

Nasza grupa w komplecie

Taaaaka zabawa była

Muzeum Socrealizmu w Kozłówce

Wracamy do bazy rajdu w Firleju. Pora na odświeżenie się, przebranie, bo już niedługo zaczyna się uroczyste zakończenie rajdu. Błyskawicznie wprost pojawiają się nieoficjalne wyniki imprezy, które po 30 minutach staję się oficjalnymi. Wszyscy zbierają się w sali, posilają się, a w międzyczasie Andrzej dziękuje organizatorom za sprawne przeprowadzenie imprezy, uczastnikom i gościom za przybycie, włascicielom ośrodka za gościnę. Ekipa rajdowa "Green Pub Rally Team" dziękuje z kolei w imieniu zawodników Gosi wręczając kwiaty. Zaczyna się prezentacja zwycięzców. A tymi są Ci wszyscy, którzy razem bawili się na rajdzie, zamiast siedzieć w domu :-) Szkoda, że to już koniec. Na szczęście pewnym jest kolejna impreza za rok. Trzymamy organizatorów za słowo! Na pewno będziemy!

Zakończenie rajdu

I miejsce: Dorota i Jurek

I miejsce: Grzesiek i Mateusz

I miejsce: Radek i Janusz oraz Agnieszka

Po krótkiej nocy pakujemy manatki i do wozów. Jeszcze skok nad jezioro, bo w czasie rajdu nie było nawet czasu na nie spojrzeć. Krótki spacer po plaży i do domu.

Nasza załoga

Jezioro Firlej



wstecz powrót do strony głównej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła