Arjano Navi Team - Rzeszów

Wyruszamy do Krakowa na kolejną edycję rajdu "Tour de Jaworzno". Edycję oryginalną, gdyż zamiast jazdy nawigacyjno-turystycznej wokół Jaworzna, pomykać będziemy gokartami na krakowskim torze Daytona. Odstawiamy swoje wozy i przesiadamy się na małe wózki, które dostarczają niemniej emocji. Na początek jazda treningowa. Wkładam kask. Łatwo się pisze: wkładam. W zasadzie walczę z nim dobrych kilka minut - kask nie przechodzi przez głowę z założonymi okularami. Nie ma szansy wcisnąć też okularów na oczy z założonym już kaskiem. Próbuję ruchem konika szachowego i udaje się.

01

02

03

Teraz zająć miejsce w karcie. Tu ruchem wężowym posuwisto-zwrotnym wślizguję się za kierownicę. Trzymam ją tuż przed sobą, no, ergonomicznie nie jest, ale damy radę. Z zazdrością patrzę na wychudzonych konkurentów, choć i oni nie mają lekko, ja nie wcisnąłem się całkowicie w fotel, oni latają na zakrętach z jego lewej strony na prawą. Jak w życiu - coś za coś. Mam słaby stosunek mocy do masy, ale za to doskonałą przyczepność. Rozgrzane sliki nie pozwalają opuścić toru, szybkie kontry wyciągają z jakże efektownych ślizgów. Efektownych, ale nie efektywnych. Kręcę słabe czasy. Zmieniam taktykę, staram się jechać na okrągło, wyznaczając najlepszy tor jazdy. Przynosi to efekty. Pierwsze okrążenia jechałem z wciśniętym do dechy gazem, o hamulcu zapomniałem. Dawało się utrzymać w torze, dzięki kontrolowanym poślizgom, lecz kręcenie kierownicą bez wspomagania było bardzo ciężkie. Niewygodna pozycja, szerokie opony i pod koniec biegu brakowało siły na skręcanie. Trzeba było odpuścić gaz.... Wynik, jak można się było spodziewać rewelacyjny! Otwieram klasyfikację... trzeciej dziesiątki.

04

05

Dwudziste trzecie miejsce na trzydziestu startujących. Można zatem się wyluzować i czerpać całą przyjemność z jazdy. W kolejnym biegu dostaję niestety wolnego rzęcha - czuję różnicę. Kart po prostu nie jedzie... Duszę gaz, powoli nabiera obrotów, każde przyhamowanie powoduje konieczność mozolnego rozpędzania się. Ufff, meta. Ostatnia kwalifikacja, dostaje mi się kart z numerem 4. Ten idzie jak burza. Przez pierwsze kilka okrążeń prowadzę w grupie, potem wyprzedza mnie doskonale jadący Michał. Dobrze, że nie dostaję się do finału. Tam jazda na silniejszych kartach, a mi mięśnie rąk zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Efekt 24 minut jazdy pełnym gazem po torze. Organizator częstuje pączkami, po to chyba, abym na następnej imprezie nie wszedł wcale w fotel. Miły gest - jazda możliwa dla osób towarzyszących i dzieciaczków. Malusińscy dumnie na kolanach tatusiów wykonują kolejne okrążenia. Jest fajnie... Wręcznie nagród, żeganamy się z przyjaciółmi. Przed nami Kraków...

06

07






powrót do strony głównej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła