Arjano Navi Team - Rzeszów
Bierzemy udział w imprezie motoryzacyjnej wieńczącej sezon startowy 2005r. To tradycyjna "Pogoń za lisem", impreza, której zadaniem jest integracja rzeszowskich zawodników, działaczy i organizatorów imprez motoryzacyjnych. To spotkanie, podczas którego liczy się udana zabawa i możliwość spotkania się ze znajomymi i przyjaciółmi.
Tym razem moim pilotem jest Magda, Bożka niestety nie mogła uczestniczyć w pogoni. Na tylnej kanapie Miłosz i Agnieszka, dzieciaki nie darowałyby sobie, gdyby tu ich nie było.
Na starcie do tegorocznego "Lisa" spotykamy niewiele załóg, zameldowało się ich bowiem tylko 8. Są to jedna załogi doborowe i sprawdzone w bojach :-). Sporo kolegów z sekcji pojazdów zabytkowych i sekcji sportowej. Spotykamy Jarka i Edytę, Kubę z Marcinem w rozłożystym mercedesie z 1977 r. oraz Maćka i Agnieszkę, którzy i tym razem wspomagani są przez najmłodszego "myśliwego" 3-letnią Dominikę. Kuba z Beatą jadą zabytkowym fiatem multiplą, zgrane jak zwykle "Fryzjerki" - Magda i Aneta swym białym bolidem. W pogoni udział wzięli także p. Janusz i p. Zofia z Jarosławia, a w przepięknym, zabytkowym Saabie podążał na polowanie prawdziwy Wilk - p. Eugeniusz.
Początek imprezy miał miejsce w siedzibie Automobilklubu przy ulicy Wyspiańskiego. Stąd, po krótkiej odprawie przeprowadzonej przez Komandora Zdzisława Oppenauera udajemy się na miejsce startu. Rozpoczynamy próbą sprawnościową SZ. Próba odbywa się na niewielkim, wydłużonym placu w okolicach "Reduty". Oglądam rozmieszczenie słupków, próba nie jest trudna, wracamy więc do samochodu i podjeżdżamy na start. Próbę kończy właśnie czerwone cinquecento Jarka. Teraz do startu ustawiamy się my. Sędzia odlicza 5-4-3-2-1- start, puszczam sprzęgło i staram się jechać możliwie ciasno przy słupkach. Najpierw slalom, idzie nieźle, teraz zaczyna się kreślenie ósemki. Nawierzchnia parkingu wyłożona jest ażurowymi płytami, samochód niechętnie się ślizga na takim podłożu. Jednak brak miejsca zmusza do mocnego "rwania rękawa". Po ósemce wypad na kolejny slalom, Magda przypomina, że "teraz daleko do słupka od lewej". Zgadza się, tu łatwo można było pomylić słupki blisko stojące obok siebie. Skręt po kątem prostym i przednie koła mijają metę, auto chwilę jeszcze sunie na zablokowanych kołach i stop! 28,90 s. Jest dobrze.
Do wozu wsiadają dzieciaki, które próbę oglądały z trawnika. Jesteśmy w komplecie, powoli podjeżdżamy na start. Strefa startu ulokowana jest, może nieco ryzykancko, na przystanku autobusowym. Aby więc nie tamować ruchu szybko pobieramy kartę drogową i z materiałami ruszamy do etapu I odcinka.
Etap I to 7,5 kilometra kręcenia po rzeszowskich uliczkach. Mamy na to 25 minut. To niby sporo, ale biorąc pod uwagę rzeszowskie korki, stanie na światłach i ew. nasze błędy nawigacyjne to dużo nie jest. Ruszamy więc żwawo. Itinerer prowadzi nas po kolejnych skrzyżowaniach, namiary kilometrowe zgadzają się nam, z tym, że liczymy odległości pomiędzy sąsiednimi kratkami a nie narastająco od startu. Błędy pomiarów i wskazań licznika nie sumują się wtedy. Pierwszy raz jadę z Magdą jako pilotem, jej styl pracy jest taki, do jakiego jestem przyzwyczajony. Na kolorowo zaznaczone miejsca zadań turystycznych, wpisany czas startu i przeliczone namiary od kratki do kratki. Po pokonaniu manewru na skrzyżowaniu pilot zamaszyście kreśli kratkę. To już było! Ja potwierdzam wykonanie każdego manewru. Magda precyzyjnie wylicza czas, kiedy mamy zakończyć I etap. Prosi mnie o sprawdzenie. Wszystko się zgadza.
Dojeżdżamy do placu Śreniawitów, potem główną w lewo i wpadamy na most na Wisłoku. Skręcamy w ul. Podwisłocze i odliczamy 3 boczne uliczki, które mamy opuścić. Już! Teraz skręt w osiedle i krótka zabawa po wewnętrznych uliczkach. Na objeździe wokół pawilonów handlowych przy ul. Pelczara rozjeżdża nam się namiar. Różnica niewielka i jesteśmy w stanie odnaleźć kolejne skrzyżowanie z trójkątem podporządkowania. Teraz jazda do ul. Rejtana, potem Sikorskiego i skręt w Łukasiewicza. Po 400 m mamy skręcić w lewo na pełnym skrzyżowaniu i tam zakończyć etap I. Skręcam więc posłusznie wskazówkom pilota w ul. Krokusową. Gdzieś tu powinien być PKC. Nie widzimy... Jedziemy więc do przodu, punkt kontrolny może być jeszcze do 1000 m od skrzyżowania. Po zakręcie w oczy nasze rzuca się tablica z PKP-em nr 8, a tuż za nią stoi samochód z sędzią. Podajemy kartę drogową, mamy wpisany czas. Zero spóźnienia. Ruszamy do etapu II, jakim jest "Róża wiatrów". To nasze drugie spotkanie z taką różą. Pierwsze odbyło się wczoraj w późnych godzinach nocnych. Miejsce spotkania: internet. Męczył nas zapis w komunikacie imprezy, że w rajdzie będzie użyta "Róża wiatrów". Krótkie poszukiwanie przez google i mamy opis wielu imprez samochodowych organizowanych przez sekcję pojazdów zabytkowych. Już wiemy kto "maczał palce" i pomagał przy organizacji "Pogoni". Róża okazuje się symbolicznym zapisem kierunkowym, gdzie manewry na skrzyżowaniach opisane są kolejnymi literami, a te skojarzone są z kierunkami wyjazdowymi. Proste, choć praktyka pokaże jak to da się jechać. Dochodzimy do wniosku, że mały błąd w chociażby interpretacji co należy uznać za skrzyżowanie a co nie, skutkuje jazdą przez 50 kolejnych skrzyżowań wcale nie po trasie rajdu. Na szczęście organizator podał na odprawie położenie kolejnego namiaru po zakończeniu zmagań z "Różą". W razie zgubienia się zaczniemy tam.
Otrzymujemy kartę drogową a wraz z nią informację, że dojazdów do posesji nie bierzemy pod uwagę. Powoli ruszamy. Nawigację mamy zapisaną jako: B C C B A A B C B A C B A itd. B to prosto, C w prawo, A zaś nie oznacza nic innego jak tylko w lewo. 52 skrzyżowania, damy radę. Pierwsze kilka skrzyżowań przejeżdżamy spokojnie, wszystko się zgadza, odnajdujemy pierwsze punkty kontrolne. W karcie drogowej pojawiają się PKP-y nr 22, 14 i 55. Dojeżdżamy prosto do drogi, którą remontują służby drogowe, jednak między kupami żwiru da się przejechać. Nie ma jednak z tej drogi odejścia w prawo, a takiego właśnie manewru teraz poszukujemy. Opuszczamy więc to skrzyżowanie, jednak następne też niczego nowego nie wnosi. To ślepa uliczka. Nagle przypominamy sobie, że nie mamy brać pod uwagę dojazdów do posesji a to z całą pewnością jest taki dojazd. Zapominamy więc i o tym skrzyżowaniu, a także i o następnym, gdyż poszukiwane "prawo" znajdujemy dopiero na kolejnym. Następne PKP-y lądują w karcie drogowej, cały czas kręcimy się po osiedlu. Teraz przekraczamy ul. Łukasiewicza i pora na objazd drugiej części osiedla. Idzie nam bardzo sprawnie, Magda kolejno odkreśla "zrobione" manewry. W pewnym momencie robimy małą pętelkę wąską drogą wzdłuż żywopłotu. Aż się prosi, aby tu postawiony został punkt kontroli przejazdu. PKP-u jednak nie ma. Proponuję nieśmiało ponowny przejazd pętli, ale decydujemy się jednak kontynuować jazdę. W tym właśnie miejscu PKP był, odnalazła go jedynie załoga Maćka i Agnieszki. Ależ oni są spostrzegawczy...
Kończymy "Różę", ostatnie namiary prowadzą nas ponownie do sędziego, który podpisuje się jeszcze na karcie drogowej.
Przed nami ostatnia trasa do METY. Wyjeżdżamy z Rzeszowa, zaczynają się zadania turystyczne, odnajdujemy kolejne obiekty zlokalizowane przy drodze. A to Dom Ludowy, a to kapliczkę czy pomnik, czasem kaplicę w budowie lub drewniany drogowskaz. Trasa rajdu prowadzi przez piękne tereny. Widoki są niesamowite, jest wczesna jesień, lasy zaczynają się przebarwiać a my skaczemy ze wzgórza na wzgórze i podziwiamy nie tak odległe od Rzeszowa tereny.
Magda raportuje, że za 1 kilometr miniemy kapliczkę po lewej stronie drogi. Na liczniku już prawie 900 m a po lewej stronie, jak okiem sięgnąć, puste pole. Spoglądamy w prawo, jest jakaś kapliczka, może "nasza"? Kolejne kratki itinerera potwierdzają, ze jedziemy jednak po trasie i jest szansa, że dojedziemy na metę. Za 3 kilometry znowu zgryz. Namiar 9,8 km jest podany w dwóch sąsiednich kratkach. Komandor wyjaśniał tą wątpliwość na odprawie, drugie skrzyżowanie ma być "zaraz" za pierwszym. Znajdujemy je jednak całe 200 m dalej. Namiary znowu się rozjeżdżają, ale nawigacja jest nadal możliwa. Na 10 kilometrze czeka nas zadanie: zwiedzić obiekt. Obiektem okazuje się Sanktuarium Matki Boskiej Borkowskiej. Parkujemy samochód i oglądamy klasztor, kościół, wczytujemy się w tablicę informacyjną. Na mecie czeka nas test turystyczny. A wiadomości na tablicy całe mnóstwo, opisana historia miejsca, podane daty budowy klasztoru, kościoła, kaplic, daty koronacji cudownego obrazu oraz opis stylu kościoła, definicje piety, dzwonka loterańskiego i jakichś dziwnych stylów malowania obrazów na desce. Spędzamy tu dobrą chwilę po czym wracamy do rozgrzanego samochodu. Zjeżdżamy w dół, po chwili dochodzimy kolumnę trzech zabytkowych wozów. Jadą dostojnie: saab, mercedes i fiacik. Chwilę podążamy za nimi. Straciliśmy sporo czasu na dokładnym czytaniu informacji historycznej w sanktuarium, a jedziemy jako jedna z pierwszych załóg. Musimy przyspieszyć, jeżeli nie chcemy się spóźnić na metę. Czekam na kawałek prostej i po kolei wyprzedzam konkurentów. Uprzejmie ustępują z drogi, a droga niezbyt równa i wyszukiwać trzeba trochę gładkiego między dziurami.
Dojeżdżamy do Tyczyna, przemykamy przez Rynek i kierujemy się ku wzgórzom. Meta już niedaleko. Wjeżdżamy w lasy w okolicach Przylasku, źle odczytujemy sobie ostatni namiar przed metą i zamiast jechać 1 km do punktu jedziemy całe 2. Z naprzeciwka jedzie samochód, miga nam światłami, zastanawiamy się o co chodzi. W momencie wymijania poznajemy naszego Komandora. Jedziemy jeszcze jakieś 300 m i uświadamiamy sobie nasz błąd nawigacyjny. Wracamy więc i oczom naszym ukazuje się pięknie rozłożona meta na drodze, którą przed momentem jechaliśmy. Co prawda nie jest ona w oczekiwanym przez nas miejscu, ale Komandor przywołuje nas do siebie i objaśnia, że to jednak będzie tu! Mijają nas trzy "zabytki". Jadą zgodnie z itinererem, lekceważą metę na głównej, skręcają w las. Nie zdążyliśmy ich zawołać, tym razem pomknęli jak strzały... Podobno Jarek z Edytą przyjechał tu jeszcze przed nami, zanim meta została rozłożona i krąży gdzieś po lesie. Po pewnym czasie załogi wracają, brakuje tylko Magdy i Anety, ale i one za moment wpadają na metę. Teraz czeka nas test turystyczny. 8 pytań z trasy, głównie z sanktuarium w Borku. Odpowiadamy od którego wieku datuje się kult Matki Bożej, kiedy powstał cudowny obraz, kto administruje klasztorem. Rozbawia nas pytanie, w którym wieku osiedlili się tu Dominikanie. Możliwe odpowiedzi to: - w 1667r., - w 1680r. , - w 1675r. Pytanie 7 polega na określeniu położenia klasztoru. Czym się różni "wzgórze otoczone lasem" od "terenu leśnego ze wzgórzem pośrodku" czy "terenu pagórkowatego porośniętego lasem" wie zapewne Komandor imprezy. My nie wiedzieliśmy... :-)
Test napisany, pora ruszać na łowy na lisa. Otrzymujemy do rozwiązania rebus, mamy wyznaczyć 4 liczby ruchem konia szachowego i odnaleźć ukryte w lesie tablice z tymi liczbami. W każdym punkcie ma być fragment informacji gdzie ukryty jest lis. Całość po złożeniu ma ułatwić poszukiwania. Komandor decyduje się jednak na podpowiedź - otóż na kartce mamy już wpisany właściwy kod - teraz wystarczy tylko odnaleźć 4 tabliczki i norę lisa. Nie było to łatwe. Pierwszą, z 8 i napisem "Droga" odnajdują wszyscy w ciągu pierwszych 10 sekund marszu. A potem się działo... Zawodnicy grupami rozpierzchli się po lesie, jedni poszli garbem, drudzy drogą, inni zaś wybrali dna wąwozów. Znam okolice Przylaska, źródło z cudowną wodą i kapliczkę na polanie w lesie. Byłem tu wielokrotnie. Ale teraz czeka nas tu zupełnie inne zadanie. Gdzie te tabliczki? Szukamy na drzewach, pomiędzy chrustem, patrzymy uważnie pod nogi. Nic. Zbliżamy się powoli do kapliczki. Przeglądamy ją i jej otoczenie, zaglądamy nawet pod deski ołtarza, pan Janusz obmacuje rękami po ścianach ciemne pomieszczenie pompy źródła. Nic z tego, tablic tu nie ma. Decydujemy się na dalszy spacer po lesie. W sumie idzie się bardzo przyjemnie, jest słoneczna pogoda, warto się dotlenić. Zataczamy wielkie koło, spodnie lekko ubrudzone, oddech przyspieszony a lisa ani widu ani słychu. Wychodzimy z lasu na podmokłą polankę. Posuwamy się wąską ścieżką ku opuszczonej komórce, Agnieszka oznajmia, że "buty już mokre". Postanawiamy się wycofać, w tym momencie serce skacze do gardła, tuż przy nas z wysokich zarośli zrywa się do biegu sarna. Nie ma to jak bezpośredni kontakt z przyrodą, jednak szkoda, że to nie lis...
| powrót do strony głównej | dalej |