Arjano Navi Team - Rzeszów
Zaczyna działać wypraktykowana podczas wielu startów procedura: wyjechać poza strefę startu, zatrzymać się, przeglądnąć dokumenty rajdowe. Kasia "kolorem" zaznacza detale punktów, wrysowuje je w mapę podkładową, ja zapisuję sobie obowiązujący constans i zegar. Dzisiaj, na pierwszym odcinku "kręcimy się w prawo". Skupiam się chwilę na mapie - autorzy przeszli samych siebie, mapa w skali 1:100000, czarno-białe ksero, widać mniej więcej gdzie zaczyna się... Białoruś. Szkoda, że nie ma zaznaczonej północy, ani nie widać brzegu mapy. Są południki, to musi nam wystarczyć :-) Zresztą autorzy nie wymagają od nas aż takiej precyzji nawigacji. A więc "wytęż wzrok i znajdź kilka szczegółów". Mam! Mała, czarniutka strzałka wyrzucająca nas z głównej drogi w jakiś przysiółek przy Korolówce. Zaznaczamy ją na krwiście czerwono, przyda się. Pora ruszać! Jedziemy przez Włodawę, kilka prostych manewrów na skrzyżowaniach, wchodzi constans "na ścianie w lewo", posłusznie skręcamy. Trzy trójkąty podporządkowania, za trzecim w prawo. Po dwóch jesteśmy w ślepej uliczce. Spokojnie, trzeba dojechać do końca, zawrócić i kontynuować jazdę. Jestem pewny, że tu znajdziemy PKP - czyli punkt kontroli przejazdu. Sam bym go tu postawił :-) Jadę wolniutko, dotaczamy się do samych słupków zagradzających dalszy przejazd, zawracam i powoli w drugą stronę. PKP-u nie ma, no cóż, myliłem się. Na mecie okaże się, że jednak był, wbity w kupę piachu, przy drodze. Musimy popracować nad swoją spostrzegawczością...
Wyjeżdżamy na główną drogę, w oddali widać rondo z charakterystycznym "pomnikiem". Pomnik to właściwie niebieska abstrakcja, jakieś rury, ułożone spiralnie, wznoszące się ku górze. Kasia dyktuje pierwsze pytanie turystyczne: "co to za pomnik?". W odpowiedziach mamy, że Przodowników Pracy, Stolarza, Murarza ew. Hydraulika. Śmiejemy się, ze na pewno hydraulika, bo rury jako żywo mogą być alegorią ciężkiej pracy "ludzi od wody". Teraz chwila zastanowienia, czy Romek robi sobie żarty z poważnych zawodników, czy gdzieś w materiałach można znaleźć opis instalacji. Wertujemy broszurkę, brak wzmianki, przeglądamy mapy, nic, okrążamy więc 3-krotnie rondo szukając jakiegoś śladu. Nie ma żadnej tabliczki w zasięgu wzroku. Nie chce mi się wychodzić i penetrować okolicy pomnika, nie ma się zresztą gdzie zatrzymać. Zaczynamy dedukcję. Jeżeli przyjąć, że to są "jaja", to pozostają tylko przodownicy pracy. Pokrój pomnika ze spiralnie wznoszącymi się rurami to przedstawienie zapewne wzrostu gospodarczego następującego w wyniku wzmożonej pracy i zaangażowania owych przodowników. :-) Dosyć, przelatuje mi przez myśl fragment reklamy telefonów komórkowych "Plus - Mix - a co znaczą te mazy"? Stawiamy błędnie na przodowników, większość załóg dobrze jednak wybrała hydraulika. Nie przyszło nam do głowy zapytać włodawian, ale jak twierdził Romek na odprawie, trzeba na miejscowych uważać, tylko 2 osoby na 10 w jego ankiecie odpowiedziały, że tradycyjnie pomnik zwie się pomnikiem hydraulika.
Pora wyjechać w trasę, opuszczamy Włodawę i szukamy dojazdu do punktu 1. Nie możemy nawiązać się z mapą podkładową, nie mamy mapy Włodawy i nie wiemy, w którą drogę się wstrzelamy. Wychodzi nam, że prosto. Jedziemy, ale po kilku kilometrach nadal pustka, żadnych miejscowości do weryfikacji. Wracamy do ronda, jeszcze raz, dokładnie sprawdzamy kąty odchodzących z niego dróg. Znajduję mapę Włodawy w atlasie i teraz już wiem, że jechaliśmy dobrze. Szkoda straty 8 kilometrów. A więc gaz w podłogę, droga jest dość dobra, trzeba nadrabiać. Dojeżdżamy do małego planiku przy punktach 111 i 222. Wreszcie coś się dzieje. Odpowiadamy na pytanie turystyczne dotyczące kolejnego monumentu, objeżdżamy trasę planu. Kłopot kolejny: "jechałeś fragmentem drogi, którą Hitler budował jako trasa Berlin - Moskwa, Berlin - Odessa, -Lwów, czy -Kijów." Wzmianki w materiałach brak, przy drodze też ani tablicy, ani głazu upamiętniającego. A więc kolejne pytanie Romka z gatunku "sprawdzian wiedzy ogólnej". Moja wiedza historyczna bazuje na kamieniach milowych w stylu: 966 r., 1410 r., 1918 r., 1939 r, 1968 r (ha, ha, to najważniejsza data... dla mnie), ale plany transportowo - strategiczne Hitlera to nie jest moja mocna strona. Patrzymy na mapę. Gdzie on chciał się przebić z tego Berlina? Obstawiamy Lwów, z Moskwą tak łatwo chyba mu nie poszło, Odessa raczej nie. Okazuje się, że jednak Kijów. Bożka, która ze mną jeździ w rajdach turystycznych powiedziała w domu: "no pewnie że Kijów, przecież to wiadomo". Ale historia jest jej pasją, lubi to. Nasza załoga zanim postawiła na nieszczęsny Lwów zasięgnęła języka u kilku miejscowych panów raczących się brązowym płynem pod rozkwieconą jabłonką. "Panie, nie żaden Hitler, tylko von Braun, ale też Niemiec, i nie autostrada, tylko pas startowy dla samolotów mających przeprowadzać naloty dywanowe na Rosję, właśnie tu biegł, mój dziadek wycinał drzewa przy starej drodze, aby ją poszerzyć". Napełnieni dawką historii ruszamy dalej.
Prosta jazda od punktu do punktu, my jednak popełniamy kolejny błąd - planując najkrótszą drogę nie wróciliśmy na mapę podkładową, lecz "polecieliśmy" mapą z planiku. Kolejny PKP uciekł, liczymy na to, że może i inni nieco się zakręcą. Pierwsza pieczątka w naszej karcie drogowej. Miśka, "stara" znajoma z rajdów wbija precyzyjnie PKP w kartę. Romek w oparach nieodłącznego dymu tytoniowego zerka na naszą kartę - "nieźle". A więc błędy :-) Inaczej powiedziałby np. "doskonale". Pytam Kasię ile mamy jeszcze czasu do mety. "Spokojnie, bardzo dużo, ponad... ZARAZ! Nie, to już następna godzina! Mamy 22 minuty spóźnienia". Pięknie, nie sprawdzaliśmy czasu, ten hydraulik we Włodawie zjadł nam mnóstwo, zatem rura i na metę. Wpadamy na placyk przed muzeum Kraszewskiego w Romanowie. No i zagadka. W lewo teraz czy w prawo? Meta widnieje tuż przy wejściu do budynku. Żadnych znaków, strzałek. Kasia stwierdza, że zegar rajdowy na odcinku każe kręcić się w prawo, więc wybieramy lewą drogę i... najeżdżamy na odwołanie strefy PKC-u. Zawracamy i objeżdżając placyk z drugiej strony podjeżdżamy na PKC. Wpisujemy jakiś PKP, ale stwierdzamy, że sytuacja jest mocno niejasna i będziemy... składać protest na mecie lub prosić o wykładnię autora trasy. Może coś przeoczyliśmy? Inne załogi mają, jak widzę, podobne rozterki, stoją w bramie parku i nie mogą się zdecydować. Nagle z impetem wpada pod dworek biało-czarniawy peugeot Janusza i Ani. Jadą chyba na dużym spóźnieniu, widać nerwową atmosferę w załodze. Anka obiecuje, że to ostatni rajd i na kolejne nie pojedzie :-), ale wiemy, że to tylko pogróżki pod wpływem chwili wzburzenia. "Twardym trza być, nie miętkim", szkoda by było stracić tak miłą załogę w konkurencji.
Pora na zwiedzanie muzeum Kraszewskiego. Grupę oprowadza miła przewodniczka, która z zaangażowaniem opowiada o dzieciństwie, czasach młodzieńczych, latach walki o wolność i utworach tego jakże płodnego pisarza. Kraszewski napisał w sumie ponad 380 utworów, był także malarzem, interesował się archeologią...
Na samym początku prelekcji bomba: okazuje się, że Kraszewski urodził się w Warszawie, zaś dopiero dzieciństwo spędził w Romanowie. Zatem brak prawidłowej odpowiedzi na pytanie turystyczne z odcinka: "kto urodził się ok. 4 km od miejsca, w którym się znajdujesz". Oj, będzie się na mecie działo...
Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła