Arjano Navi Team - Rzeszów

Nie przedłużamy, bo za moment nasz czas startu. Pobieramy materiały i ruszamy do ostatniego odcinka. Wyjeżdżamy na rynek miasteczka, potem kilka nakazów i zakazów skrętu wyprowadza nas na główną. Za moment itinerer każe nam skręcić w lewo i wykonać zadanie. "Co mieści się teraz w budynkach po lewej". Jesteśmy źli, bo musimy zawrócić, na nowo wyjechać na główną i podjechać pod bramę tych budynków z innej strony. Odczytujemy, że znajduje się tu wytwórnia wód gazowanych i rozlewnia piwa. Ech, napiłbym się zimnego piwka, a tu trzeba prowadzić dalej...

Tak się rozżaliłem przez to piwko, że w potoku manewrów uciekło nam zadanie odnalezienia domu sołtysa. Wyprzedziliśmy trawą, na wąskiej drodze jakąś załogę, chyba to jechały dwa Michały swoim czarnym wozem. "Dlaczego oni się zatrzymują?" - zapytał pilot Bożka. "Grzeczni są, to robią nam miejsce" - odrzekłem. Patrzę w lusterko, a ich wóz nie rusza. Chyba czegoś szukają... My jedziemy po trasie, ptaszki ćwierkają, wiosnę widać wszędzie, fajnie, ciepło.
Za 3 kilometry Bożka stwierdza, że wie, czego szukali. Sołtysa! Zapomnieliśmy o nim... Błyskawiczna decyzja powrotu, cóż, dodatkowe 7,4 km zrobione. Zadanie nie było skomplikowane, faktycznie od razu odnajdujemy tablicę z odpowiednim napisem. Sołtys mieszka pod nr 17. Spotkana przypadkowo para zaczepia nas przyjaźnie: "A co wy macie taki numer 7, a wcześniej jechała 4, rajd jakiś?" Kilkanaście sekund mojego wystąpienia pt."Rajdy turystyczne jako takie, a jak nie takie, to jakie i dlaczego" zaspokaja ciekawość spacerowiczów. Machamy na odjezdne.
Ale wpadka, tyle minut straty, na darmo! Nic to, najważniejsze zachować spokój w aucie, bo za chwilę może dojść do utarczek, rękoczynów, potem rozwód, a przynajmniej długoletnia separacja. No i kto weźmie hondę? Ale tak przez sołtysa? I to spod numeru 17? E, nieeeee, jedziemy dalej w dobrych humorach. Droga szeroka, patroli brak, za moment nadrobimy, ale ciiiiiiiicho. Przemykamy obok innej załogi może trochę zbyt szybko, spóźnienie nadrobione, trochę mi wstyd...

Zwalniamy, szukamy tablicy drogowskazu ze strzałkami w lewo i prosto. Lewa skreślona, a więc nakaz jazdy prosto. Wg mnie rozkład strzałek na tablicy powinien odzwierciedlać dokładnie zapis w itinererze, ale takiej tablicy znaleźć nie możemy. Przejechaliśmy już sporo kilometrów, następne polecenia to przejazdy obok krzyży, kapliczek. Nic charakterystycznego, krzyży mnóstwo. W końcu wpadamy do wsi Łany, to potwierdza naszą pozycję, dobrze jedziemy. Mamy odnaleźć informację, w którym roku obchodzono 500-lecie powstania tej miejscowości. Jest drewniana tabliczka przy drodze. A na niej uroczy napis "1305-2006, 700-lecie Łan". Jedni do 1305 dodają 500 lat, inni od 2006 odejmują 200. Wychodzą różne daty. Wg nas ważniejsza jest data powstania wsi, a niej data postawienia tej tablicy w 701 rocznicę powstania. Teraz następuje dojazd do Ujazdu, szybki i precyzyjny, znajdujemy krasnala ze zdjęcia C1 na fasadzie budynku, w którym wykonują rzeźby oraz czarnego anioła z harfą w ręku. Dlaczego przeliczyłem struny w harfie? Spodziewam się czegoś? Spisujemy datę z nadproża drzwi plebanii MCMLII, próbując przekształcić zapis daty na arabski. Wychodzi nam rok 1952. Trochę dziwnie pasuje nam okres lat 50-tych do cech budynku i otoczenia. No, ale różnie się historia plotła.

20

21

Teraz kurs powrotny do bazy rajdu, pod hotel Lech. Jesteśmy w czasie, jedziemy wolno, Bożka przepisuje na czysto PKP-y do karty drogowej. Nie znaleźliśmy jednego zdjęcia, starych ruin. Podobno były widoczne podczas nawrotu przez podwórko urzędu gminy w Ujeździe. Wracając już po rajdzie do Rzeszowa wjechaliśmy tam. Ruiny są, gratulujemy spostrzegawczości załogom, które je odnalazły. Oddajemy papiery, teraz test turystyczny. Dobrze wiemy, że rajd praktycznie się w tym miejscu zaczyna. Cześć załóg polegnie, cześć strzeli dobrze, a najlepsi odpowiedzą zgodnie z sumieniem. Test nie sprawia nam kłopotów, wiemy, że na toszeckim zamku gościł Goethe, że nazwa Toszek to imię pieska, wiemy, co trzymał w ręku drewniany krasnal. Nie jest dla nas tajemnicą herb widniejący na zamku w Bycinie ani ile dzwonów wisiało na wysokiej, zegarowej wieży. Znamy klub sportowy Amator, od sławetnej bramy ze zdjęcia i widzieliśmy logo zamku w Toszku w zaproszeniu na rajd. Powinno być dobrze.

23

Teraz pora na obiad, jest tylko jeden problem, nie mamy bloczków. Jakoś tak wyszło. Uderzamy do Dominiki, która w skwarze słonecznym obsługuje metę. Po chwili otrzymuję papierki na rosół i kotleta. Zaczynają się dyskusje załóg, rozemocjonowani zawodnicy "jadą" jeszcze raz rajd. Lubię takie rozmowy, dyskusje, cenię ludzi, którzy pamiętają każdy szczegół trasy.

25

Pojawiają się wzory prawidłowych odpowiedzi w testach, wprowadzają trochę zamieszania. Nie tylko nam nie pasowały odpowiedzi w teście BRD, także inne załogi miały kłopoty z interpretacją pytań turystycznych. Zanim pojawiają się wyniki próbujemy porozmawiać z organizatorami. Komandor rajdu jest nieosiągalny, pozostaje autor trasy, ten jednak jest "gwałcony" przez nawigatorów. Prosi zbolałym głosem, abyśmy poczekali, aż załatwi nawigację. Czekamy. Coraz więcej załóg twierdzi, że odpowiedzi na pytania nie są precyzyjne, następuje grupowe oglądanie zdjęć, pokazywanie szczegółów. Pomaga nam bardzo Dominika, która grzebie w ponad 3000 zdjęć i udostępnia szczegóły obiektów. O trasie i pytaniach nie chce decydować, czekamy na Zdzicha. Biura rajdu nie ma. Tzn. jest, ale gdzieś ukryte. Jak się dowiadujemy 15 minut drogi stąd. Mija nieprzyzwoicie długi czas. Decydujemy się wracać do domu. Jutro do pracy, a przed nami dobre ponad 300 km. Trudno, nie doczekamy wyników.

26

Jednak te w wersji nieoficjalnej pojawiają się. Przywieziono je z odległego biura. Zaczynamy się wczytywać w kolumienki punktów. Nie bardzo wiadomo co jest co. Co to jest BRD wiadomo, SZ1 też, ale SPEC i BT? Powinny być punkty z testu turystycznego, ale tam punkty liczone są po 20 za zadanie, a załogi mają po 2, 4, 8 punktów. Może to więc test BRD i PP? Chyba mnie, on liczony jest osobno. Może to turystyczne PKP-y zsumowane z wszystkich odcinków? Może tak być... Przychodzi Marek i wpisuje legendę do wyników. Trochę to rozjaśnia, ale teraz wiemy na pewno, że punkty były jednak przyznawane wadliwie. Za mało za błędną odpowiedź. Chcemy porozmawiać z biurem, ale jak wspominałem nie ma tu nikogo, kto liczy wyniki. Nie można zmienić nawet najdrobniejszej błędnie wklepanej do komputera "palcówki". Zdzisław mocno zajęty, kończy z nawigatorami. Mam wrażenie, że jesteśmy tu zbędni... W końcu to też nasza runda. Mistrzowska! Lubimy się z kolegami od nawigacji, często startujemy i w ich rajdach, ale może teraz zajmie się ktoś nami? Wypytujemy Marka o szczegóły, gdyż tylko on nam został. Spokojnie i cierpliwie odpowiada na pytania, że on nie dostał wytycznych do zmiany oprotestowanych zadań i pytań. Aby zająć czymś zawodników udostępnia do sprawdzenia prawidłowości wklepania do komputera odpowiedzi z kart. Tu jedna, tu druga załoga znajduje pomyłki, które Marek obiecuje sprawdzić. Zjawia się wreszcie autor trasy, możemy pogadać, zgadza się na zmianę lub wykreślenie błędnych zadań i pytań. Zdzichu jest otwarty, nie upiera się długo, rozumie startujących, bo i sam jeździ. Na cześć z pytań ma jednak inną interpretację. O.K., kończmy już, bo zastanie nas tu noc. Marek porywa papiery i obiecuje wrócić za pół godziny. Jak obiecał tak zjawił się niosąc oficjalne wyniki. Teraz jest chyba wszystko poprawnie, odpuszczamy brak podziału samochodów na klasy w próbie SZ.

27

Przechodzimy wszyscy na zewnątrz, do parku, gdzie przeprowadzone zostanie zakończenie imprezy. Mnóstwo pucharów czeka na stole, "pudło" na zwycięzców. I rundę Turystycznych Motorowych Mistrzostw Polski wygrali bezapelacyjnie Jacek z Darkiem, na miejscu trzecim uplasowały się Sylwia z Joasią, nam udało zajac się drugie miejsce. Trwa rozdawanie pucharów. Najpierw nawigacja, III runda, IV runda, kluby, okręgi, dyplomy. Widzę, że turyści się powoli zwijają, nie ma też części nawigatorów. Gdy pozostały na stole mniejsze pucharki dla turystów pozostali praktycznie sami zainteresowani. Przykro...

28

Puchary rozdano, nagrody wręczono, spotkamy się na kolejnym rajdzie. Dziękujemy organizatorom, żegnamy się z przyjaciółmi, pakujemy manatki i uderzamy do domu.

29

Tuż przed godziną duchów dojeżdżamy do Rzeszowa. Zmęczeni. Ale warto było! My to naprawdę lubimy...

30




wstecz powrót do strony głównej



Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła