Arjano Navi Team - Rzeszów

14 kwietnia jedziemy do Kędzierzyna-Koźla na I rundę TMMP. Ponieważ mamy do pokonania ponad 340 km przyjeżdżamy do hotelu Lech dzień wcześniej. Jest wczesny wieczór, wita nas Dominika, która sprawnie wręcza nam klucze do pokoju i numer startowy 7. Witamy się z autorem trasy Zdzichem. Regulujemy wpisowe i udajemy się na górę. Jesteśmy padnięci, nie mamy siły nawet na odwiedziny znajomych z Chełma, którzy podobno też już tu dotarli. Szybko zasypiamy. Rano smaczne śniadanie w pokoju. Telefon. Dzwoni Zdzichu, który prosi o szybkie pobranie materiałów rajdowych. Lekko zdziwieni schodzimy na dół, nawet nie mamy czasu przejrzeć wręczonych mapek, folderów. Za parę minut ma być rozpoczęcie imprezy. Rajd FAMA '2007 został zorganizowany jako łączne eliminacje zarówno TMMP jak i NSMP. Koledzy nawigatorzy jeżdżą już od wczoraj, dzisiaj mają kolejną, dzienną rundę, startują przed nami. Nigdy nie byłem zwolennikiem łączenia kilku rozgrywek mistrzowskich w jedną imprezę. Po pierwsze uniemożliwia to starty w kilku dziedzinach, po drugie wprowadza mocne zamieszanie. Wiem, że jest to przymus związany z rajdową rzeczywistością, imprezy skupiają na starcie coraz mniej chętnych. Ale nie wiem, czy takie właśnie "robienie tłumu" nie będzie ostatecznym gwoździem do trumny. Od razu daje się zauważyć hierarchię imprez. Tu i teraz rządzi nawigacja, "turyści" są na doczepkę i nie powinni sobie wyobrażać za dużo...

1

Siedzę w rozgrzanym samochodzie, staram się przewertować, choć na prędce otrzymane materiały. Nagle Bożka woła mnie: "chodź szybko, trzeba przerysować próbę SZ". Biegnę do sali, niestety nie mam wolnej kartki, biuro też nie dysponuje, więc na odwrocie numeru startowego przerysowuję pachołkową próbę. Ponieważ startujemy w KJS-ach jej zawiłość nie przeraża mnie, da się zapamiętać, ułożyć w logiczną całość przejazd, pilot jest właściwie zbędny. Słyszę jednak narzekania, że zawodnicy porobili "taryfy" już podczas przerysowywania trasy. Będzie się działo... Nie skończyłem jeszcze wyciągać mazakiem "na różowo" ostatniego nawrotu wokół słupka, gdy komandor rajdu Jacek rozpoczął imprezę. Rozpoczęcie było skromne, niczym początek lokalnego rajdu o puchar wójta. Zabrakło koniecznych wg mnie elementów jak hymn Polski, flagi, w końcu Mistrzostwa Polski zobowiązują, w takich rajdach uczestniczy się na trochę innych zasadach. Wspomniałem w duchu rozpoczęcia imprez z lat 2002-2005. Zawodnik czuł się ważny... Komandor rajdu przywitał zgromadzonych i ...przekazał głos autorowi trasy.

2

Od tego momentu komandor przestał istnieć dla imprezy. Zawsze wydawało mi się, że to jest najważniejsza funkcja na rajdzie. Ale, jak mawiają autorzy brukowych opowieści, nie uprzedzajmy faktów... Autor trasy szybko wyjaśnił przebieg rajdu, wskazał co będzie PKP-ami. Ponieważ odcinki nawigacyjny i turystyczny miejscami przeplatały się, wspólnie ustaliliśmy, że tablic PKP-owych oraz "bitych sędziów" nie bierzemy pod uwagę. Organizator prorokował, że jechać będziemy obok zamku ładnego, średnio ładnego i takiego, który ...będzie kiedyś ładny. To wprawiło wszystkich w dobry humor, czym prędzej zajęliśmy miejsca w naszych wozach i ruszyliśmy na start.

3

Na pokonanie odcinka I o długości 23 km mamy 50 minut. Wydawałby się, że to czasu sporo, ale w międzyczasie trzeba rozwiązać 7 zadań turystycznych i zwiedzić przydrożne obiekty. Zaznaczamy na kolorowo miejsca zadań, punkty charakterystyczne na mapie, na desce rozdzielczej samochodu przyklejam stronę ze zdjęciami. Dzisiaj szukamy przecudnej urody bramy, chyba stadionu klubu AMATOR w Rudzińcu oraz zabytkowego pałacu czy zameczku, z mnóstwem wieżyczek.

4

Nawigacja jak na razie jest bardzo prosta, nie sprawia kłopotów, bez trudności odnajdujemy zadanie 1, odpowiadamy, że sponsorem rajdu jest PKE Elektrownia Blachownia.

5

Teraz skręt w lewo w okolicy dwóch przystanków. Przystanki są, ale topograficznie kratka nie zgadza się z rzeczywistością. Wracamy pod blachownię. Wykonujemy najazd ponownie, widzimy kilka załóg kręcących się po okolicy. Ale nas zablokowało! A to takie proste, to nie są przecież te przystanki, wiec jedziemy prosto przez wszystkie skrzyżowania, wjeżdżamy na główną i po kilkuset metrach "mamy" nasz manewr. Od razu zadanie 2: "czy firma Fotojoker zajmuje się obróbką zdjęć z negatywów?". W Rzeszowie, zanim nie kupiłem cyfrówki większość zdjęć "z błony" wywoływałem w tej sieciowej firmie. Zatem pewnie "tak", ale musimy oficjalnie znaleźć źródło odpowiedzi. Siedziba firmy zamknięta, żadnej tablicy, reklamy, wyczytujemy hasła umieszczone na ich firmowych samochodach, wertujemy otrzymane materiały drukowane, ale odpowiedzi nie znajdujemy. Żżymam się na takie pytania "turystyczne", Bożka mnie uspokaja i prujemy dalej. Skręcamy w ulicę Wróblewskiego, przejeżdżamy przez most i zatrzymujemy się w okolicy pomnika poświęconego "członkom PPR i ORMO, którzy zginęli w obronie uczniów Młodzieżowego Ośrodka Szkoleniowego. Towarzysz Zimmer Franciszek i towarzysz Fleming Hieronim w roku 1948 oddali swe młode życie w służbie ludu pracującego i ukochanej ojczyzny". Za moment następuje tragikomiczno-irracjonalna sytuacja. Pod pomnik podjeżdża swym polonezem zapewne mieszkaniec pobliskiego osiedla. Zaczyna ostrym głosem protestować, że to skandal, że ten pomnik tu stoi, a nasze nim zainteresowanie to po prostu hańba! Złorzeczy nam, jako fanatykom, tylko nie wiem czego, organizacji ORMO, partii, czy może okruchów historii? Bojąc się linczu lub przynajmniej klątwy odjeżdżamy, pozostawiając zaangażowanego patriotę samemu sobie. Połowa zadania tu wykonywanego jest prosta, odpowiadamy szybko, druga jego część rozbawia nas mocno. "Czy jest możliwe, aby w tamtym roku byli jeszcze hitlerowcy?". No, jest możliwe? :-)

6

Wracamy na trasę rajdu, dojeżdżamy do starego szpitala w Sławęcicach. Mamy odpowiedzieć, co w nim się teraz mieści. Budynek popada w ruinę, całość terenu ogrodzona płotem, wysokie bramy, brak jakiejkolwiek informacji, aby coś tu było. W materiałach rajdowych też posucha. Pytam przechodzącej staruszki, może coś wie. Wie, szpital, a właściwie to, co z niego pozostało kupił prywatny właściciel i zapomniał. Nic się nie dzieje od lat, budynki jeszcze bardziej niszczeją. Mamy wpisać "nic"? O co chodziło organizatorowi, o instytucję, funkcję, przeznaczenie budynku? No jak nic, jak coś! Wpisujemy "własność prywatna", w aucie rozpoczyna się kolejna dyskusja nad formą pytań turystycznych. Pora się przyzwyczaić... Trochę po mieście, trochę po wioskach i polnych drogach dojeżdżamy do ulicy Stawowej. U jej wylotu lokalizujemy bramę stadionu AMATOR, jest otwarta, inaczej jak na zdjęciu, ale napisy jednoznacznie wskazują, że tu zrobiono to zdjęcie. Symbol A1 ląduje w karcie drogowej. Jedziemy szybko, bo czas goni, a do wykonania mamy jeszcze próbę SZ i to w czasie odcinka.

7

Zdzichu wspominał na odprawie o próbie, że przeprowadzana jest łącznie z uczestnikami mistrzostw nawigacyjnych, ale ponieważ oni robią ją początku odcinka a my w czasie, więc mamy mieć pierwszeństwo. Prowadzący próbę podobno poinformowany... Skręcamy w leśną drogę, przed nami z piętnaście samochodów tłoczących się na wąskiej dróżce. Nie ma szans przejazdu, zawodnicy z obu rund perfekcyjnie wymieszani, wjeżdżają na start tak, jak zdążyli nadjechać i się ustawić. Mamy do końca odcinka niewiele czasu. Wyskakuję z auta, próbuję się czegoś dowiedzieć. Widzę, że przed próbą rządzi Marek. Będzie dobrze, Marek bałaganu nie lubi, precyzyjnie wpisuje neutralizację czasu kolejnym załogom, uspokajając wzburzone umysły. Przyglądam się próbie, jej rozkładowi, ależ ciasno, jak tu objechać ten słupek, na trzy razy chyba. Przychodzi nasz czas, zamykamy szyby, dociągamy pasy, startujemy. Początek szybki, potem muszę bardzo mocno zwolnić, aby nie potrącić słupka. Wjeżdżam w mały placyk, teraz obrót, szarpię za ręczny, nie ma prędkości, nie ma! Auto się nie obróci, muszę cofać, łapy bolą od kręcenia kierownicą. Nie mam wspomagania. Teraz już szerzej, kręcimy szybciej ósemkę, auto posłusznie składa się bokiem. Powrót na metę, skręt, byle nie polecieć na tych kamyczkach wprost na sędziego, który stoi na stycznej. Udało się, bez potrąceń słupków. Mamy najlepszy czas.

8

Gnamy dalej, po jakiś sakramenckich dziurach przedostajemy się do asfaltu, honda wali podwoziem co i rusz o korzenie i brzegi dziur. Powinniśmy zdążyć, teraz uciekamy w punkcie 4 w lewo. Dziwne, namiar w kratce itinerera nie zgadza się z mapą, ta leśna droga to skrzyżowanie 4? Sprawdzamy, czy dalej się zgadza. Jedziemy prosto na najbliższym skrzyżowaniu, za moment jest przejazd pod mostem, to autostrada mknie nad nami. W porządku, teraz odnaleźć dziwne skrzyżowanie pięciu dróg i dwie kratki dzielą nas od PKC. Jedziemy i jedziemy, uważnie wpatrujemy się w każde drożyny, te gruntowe też. Nie ma tego, czego szukamy. Czas się kończy, wracam do ostatniego pewnego skrzyżowania, zaczynamy jeszcze raz, nic z tego, doprowadza nas do tego samego miejsca. Zrobiliśmy już z 12 km w obie strony, przejechaliśmy przez tory, dojechaliśmy aż do Taciszowa, coś nie gra. Przypominam sobie skrzyżowanie przed przejazdem pod autostradą, czyżby tam była "kiełbaska" głównej i po niej należało ciąć? Wracamy, głównej nie ma, ale jedziemy teraz sprawdzić i tę drogę. Po kilkuset metrach sytuacja się wyjaśnia, jest przejazd pod mostem, jest dziwne skrzyżowanie i jest poszukiwana poczta. Stąd dwa kroki na PKC-1. Wpadamy na spóźnieniu. Na mecie pogadamy o tym fragmencie, coś tu było nie tak, wg nas zawinił zły namiar na punkt 4. Ponieważ w itinererze mieliśmy jazdę "z natury" używanie mapy było właściwie zbędne. Powinno dać się dojechać bez niej. Lądujemy na parkingu przed zamkiem w Pławniowcach, wpisując w ostatniej chwili znalezione zdjęcie zameczku do karty drogowej. Oddajemy papiery z I odcinka. Parkujemy w cieniu i udajemy się na zwiedzanie zamku.

9

10

11

Po jakże szybkim "zwiedzeniu" zamku w Pławniowicach ruszamy dalej. Żałuję, że organizator nie przewidział dłuższej przerwy na zapoznanie się z tą prawdziwą perełką architektury. Zdążyłem przeczytać tylko jedną z tablic, Bożka drugą, trochę notatek, dwa zdjęcia i wio! Przejeżdżamy przez sfatygowane tory, byliśmy tu już dzisiaj, szukając PKC-1. Odnajdujemy punkt 5, robimy mały myk na wysepce przy charakterystycznej wieży. Oglądamy ją dokładnie. Ile na niej wisi dzwonów? Chyba 2, zaraz, zaraz, jest i trzeci, jego serce widać dobrze z podnóża wieży. Mając na względzie możliwość wystąpienia pytań "turystycznych" notujemy ile lamp, zegarów, rogów, poręczy, odgromników posiada ta konstrukcja. No, jak turystyka, to turystyka!

12

13

14

Za moment fajny fragment trasy. "Wjedź w ulicę Słoneczną i podążaj następnie na Pniów". Wjeżdżam w pierwsze metry ulicy, ale zakaz wjazdu na dalszy odcinek uniemożliwia mi kontynuowanie zamiaru, robię wiraż na wysepce i na... Pniów! Szkoda, że manewr nie nagradzany niczym, przydałby się tu jakiś PKP. Przecinamy główną, na STOP-ach zatrzymujemy się precyzyjnie i do końca, nie tylko dlatego, że może to sprawdzać organizator :-) Odnajdujemy mały budyneczek ze zdjęcia, pod numerem 108 widnieje stara remiza strażacka, ówczesny garaż, ciekawe na czy na konną sikawkę? Mamy określić z czego zrobiona jest podłoga w tym przybytku. Okna małe, słońce świeci, wewnątrz totalny mrok. Wkładam łapkę z aparatem przez szparę do wnętrza. Pstryk! Mech? Podłoga zrobiona z mchu? Nie to, mech historii, który osiadł na cegłach, którymi wyłożona jest posadzka szopy.

15

Parę manewrów dalej dojeżdżamy do kolejnego zamku. To pewnie ten, o którym Zdzich mówił, że będzie kiedyś piękny. Jak na razie otoczony jest rusztowaniem, widać, że prace, o ile trwały to zostały już dawno przerwane. Nad wejściem znajdujemy herb z toporem oraz datę 1700 r.

16

Zaczynają nam się podobać pytania, tworzymy własny ranking, które jest najbardziej "jazzy, wyczesane i cool". To jest! "Czy ocalał jakiś fragment oryginalnej elewacji?" Oryginalnej, czyli z 1700 r? Czy może z modernizacji zamku w końcu XVIII w. czy z lat 50-tych XX wieku, kiedy były tu magazyny? O tym wszystkim dowiadujemy się od zroweryzowanego tubylca. No, jakieś plamy tynku na murze są, ba, jedna ze ścian nawet na nowo wytynkowana, ale czy to jest odrestaurowana oryginalna elewacja, czy może produkt firmy Atlas?

17

Nie zastanawiamy się, gnamy dalej. Aby odnaleźć zadanie Z5 nie wolno dać się pociągnąć asfaltem głównej drogi, która ucieka w prawo. Przestrzeliwujemy się prosto przez skrzyżowanie pylistą, pełnej poprzecznych garbów i dziur drogą i docieramy do krzyża. Odpowiadamy na pytanie i odjeżdżamy. Czas nieubłaganie się kończy. Znowu będzie spóźnienie? Przejeżdżamy obok olbrzymich magazynów i składów starych opon, mamy się dowiedzieć czym dawniej zajmowały się te przedsiębiorstwa. Na długich ścianach odczytujemy wyblakły tasiemcowy napis "Przedsiębiorstwo Obrotu Surowcami Włókienniczymi i Skórzanymi". Dobrze, ze nie jesteśmy w Wieluniu, gdzie mogłyby istnieć Zakłady Skórzane "SKÓRWIEL". Taki żart...

18

Końcowy odcinek nie sprawia nam kłopotów, nawracamy pod wieżą w Toszku i parkujemy przed zamkiem na PKC-2. Jesteśmy 1 minutę przed czasem, jest dobrze. Miłe Panie precyzyjnie ustawiają nas obok samochodu poprzedzającej załogi i zapraszają najpierw do rozwiązania testu a potem na poczęstunek. 10 pytań z BRD i PPP, czyli bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz pierwszej pomocy przedmedycznej. Test ma dziwny nagłówek: odcinek, długość, czas przejazdu. "Przejeżdżamy" więc po pytaniach stwierdzając, że przynajmniej 3 z nich są dyskusyjne, z czego w 2 brak w ogóle poprawnej odpowiedzi. Z pozostałymi problemu nie mamy, nie są tendencyjne i umacniają naszą wiedze "z zakresu". Teraz obiecany poczęstunek, niestety, nie możemy delektować się smakiem pączków, gdyż przerwa trwa jeszcze tylko 13 minut a mamy zwiedzić i sam zamek. Krztusząc się malinowa oranżadą, upaplani lukrem biegniemy na dziedziniec. Bożka zaznajamia się z historią zamku, ja robię zdjęcia i czytam teksty tablic pamiątkowych. Jakże adekwatne są do naszej sytuacji!

"Pamiętasz zamek ów na wzgórzu ciszy?
Róg mrocznie kusi - czyżby nas wołał już?"
- pisał Joseph von Eichendorff, a wtórował mu sam Goethe:

"...Rzeczywiście, wielce interesująca kraina, ten Śląsk. Po jednej niespodziance doznajemy następnej..."

19






powrót do strony głównej dalej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła